ści znanej ale nie przeżytej
Listonosz Pat |Kubuś puchatek |Fifi niezapominajka
„ści znanej, ale nie przeżytej mieści się chwila podobna do nagłej krystalizacji pomysłu — sekunda, półtorej, i znowu powrót do normalnego stanu. Moc tej sekundy jest fascynująca. Dzięki niej poczułem głębokość trwogi, zgruntowałem dno strachu. Poza tą sekundą poruszam się blisko brzegu. Widzę możliwości, w których giną inni, wiem o nich, biorę je pod uwagę, ale ich błyskawiczne zwrócenie się do mnie, wtargnięcie we mnie — jest zawsze tylko przypuszczalne. To może się stać, ale się nie staje. To się nie staje ze mną. Trupy na szosie, wiem, zdarza się, mnie się jednak nie zdarzyło — z nieszczęściem jestem najwyżej spowinowacony.
Ale ta sekunda wtłacza mnie w samą ranę, w ciepłe, krwawiące wnętrze. To ja, to o mnie chodzi. Ta sekunda wtrąca mnie w głąb i tam, na dnie, przeżywam moje pokrewieństwo z katastrom fą. I stamtąd, z dna, widzę, że to, czego się bałem, nie było bólem, nie było krwią. Bałem się wypadku, który ufunduję światu sobą — czegoś tak niezwykle osobistego, że stanie się publiczne, i tak skandalicznego, że świat i ja będziemy musieli uznać nasze normalne stosunki za skończone. Nie chodzi o moją obciętą nogę ani o krew na asfalcie, tylko o społeczną realizację mego strachu. Nie o moje kalectwo, tylko o to, że słowo „kaleka" będzie się odnosić do mnie. I to, ta trwoga przed ujawnieniem się, przed ostateczną nazwą, przed mokrym publicznym chrztem — wydziera ze mnie śmiertelny krzyk, podobny do wrzasku mego psa, gdy ktoś mu nadepnie na łapę. Obydwaj drżymy przed najgorszym. Na szczęście drżąc przed najgorszym, liczymy się również z najlepszym. I ta podwójność ratuje nas obu, jego i mnie.“(6)
Świat według Ludwiczka |kominy |onet
„ści znanej, ale nie przeżytej mieści się chwila podobna do nagłej krystalizacji pomysłu — sekunda, półtorej, i znowu powrót do normalnego stanu. Moc tej sekundy jest fascynująca. Dzięki niej poczułem głębokość trwogi, zgruntowałem dno strachu. Poza tą sekundą poruszam się blisko brzegu. Widzę możliwości, w których giną inni, wiem o nich, biorę je pod uwagę, ale ich błyskawiczne zwrócenie się do mnie, wtargnięcie we mnie — jest zawsze tylko przypuszczalne. To może się stać, ale się nie staje. To się nie staje ze mną. Trupy na szosie, wiem, zdarza się, mnie się jednak nie zdarzyło — z nieszczęściem jestem najwyżej spowinowacony.
Ale ta sekunda wtłacza mnie w samą ranę, w ciepłe, krwawiące wnętrze. To ja, to o mnie chodzi. Ta sekunda wtrąca mnie w głąb i tam, na dnie, przeżywam moje pokrewieństwo z katastrom fą. I stamtąd, z dna, widzę, że to, czego się bałem, nie było bólem, nie było krwią. Bałem się wypadku, który ufunduję światu sobą — czegoś tak niezwykle osobistego, że stanie się publiczne, i tak skandalicznego, że świat i ja będziemy musieli uznać nasze normalne stosunki za skończone. Nie chodzi o moją obciętą nogę ani o krew na asfalcie, tylko o społeczną realizację mego strachu. Nie o moje kalectwo, tylko o to, że słowo „kaleka" będzie się odnosić do mnie. I to, ta trwoga przed ujawnieniem się, przed ostateczną nazwą, przed mokrym publicznym chrztem — wydziera ze mnie śmiertelny krzyk, podobny do wrzasku mego psa, gdy ktoś mu nadepnie na łapę. Obydwaj drżymy przed najgorszym. Na szczęście drżąc przed najgorszym, liczymy się również z najlepszym. I ta podwójność ratuje nas obu, jego i mnie.“(6)
Świat według Ludwiczka |kominy |onet